W boskim, ekstatycznym wietrze ściśniętych wnętrzności,
Kłaniam się w pogardzie paniom do pasa uniżenie,
Odkrywam w głowie kolejne odchłanie nicości,
Gdy patrzasz pogardliwie na mnie, wiedz ze zasłużenie.
Spiętrzone w sile odnóża wodospadu wielkiego,
Wahadło tonowe powbijam w myśli przejrzyste,
Wspomnisz jeszcze przez mleczną mgłę chłopca znajomego,
Orła wiodącego przez przestworza wieczne w nieczyste.
Palcem go wskazujesz z przebrzmiałym wątłym grymasem,
Dziwisz iż ptak ten może latać przykuty znamieniem,
Ulatuje wciąż nad szarym rozłamanym lasem,
Kto na tyle silny niech pierwszy rzuci kamieniem.
Pocą się i wyją wokół mej świętej oazy parchate róże,
Bez płatków i kolców pokrętnie próbują mnie wzburzyć.
Ochota ogromna ciąży nade mną by runąć spokojnie w kałuże,
Spadać tak beztrosko przez lata, a na dnie powtórzyć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz