Światło świata prawdziwe
tylko w pryzmacie.
Malarz bez talentu,
Dziwka portowa,
Pomylony kaznodzieja,
Pilna uczennica,
Napuszony sportowiec,
Bezdomny na dworcu,
Przygasły pracoholik,
Uśmiechnięta lesbijka,
Pustelnik samotny,
Błyszcząca aktorka,
Prawicowiec w sejmie,
Ćpun niewyciągający rąk,
Szary człowiek.
A ja?
A ja nie jestem żadnym zbawicielem.
30.3.10
25.3.10
Sosna.
Z głazem w żołądku,
Rozmazanym widokiem przed oczyma,
W starej sosnowej szafie schowawszy,
Wszystkie zimowe troski,
Spoglada na setki razy niedopierany prochowiec,
W błotnistej kłauży wytaplany,
W uściskach słonecznych płomieni,
Nawet w dni najniepogodniejsze.
Nóż i widelec,
Kołdra i poduszka,
Drzewo i gałąź,
Takie szczęśliwe.
Rozpreżenie zmysłów,
Wizjonerska wieża spalona,
w nienaturalnych słowach,
Jak na tamtejszą przeszłóść.
Na rozstaju prastarych dróg,
Cierpienia lub zapomnienia.
Kontempluję lustrzane odbicie i pustą przestrzeń.
Rozmazanym widokiem przed oczyma,
W starej sosnowej szafie schowawszy,
Wszystkie zimowe troski,
Spoglada na setki razy niedopierany prochowiec,
W błotnistej kłauży wytaplany,
W uściskach słonecznych płomieni,
Nawet w dni najniepogodniejsze.
Nóż i widelec,
Kołdra i poduszka,
Drzewo i gałąź,
Takie szczęśliwe.
Rozpreżenie zmysłów,
Wizjonerska wieża spalona,
w nienaturalnych słowach,
Jak na tamtejszą przeszłóść.
Na rozstaju prastarych dróg,
Cierpienia lub zapomnienia.
Kontempluję lustrzane odbicie i pustą przestrzeń.
21.3.10
Salvator Mundi.
Coż za szczęście, dziś przyszło zbawienie,
Zbawiciel odwiedza mnie w dziesiętny dzień miesiąca,
Daje mi chleb, daje wodę,
Ciało daje nawet,
Tak wielu zbawicieli spotykam na każdym kroku,
Miłosierna aura każe mi brać,
Po nieprzespanej nocy, w zimnym mieszkaniu,
Cieżką ręką pokąsaną przez węże, oddaje z nawiązką,
Kochani zbawiciele,
Ubóstwiam tą ich władzę nad światem szarym,
Te pomoce, te podarki,
Dom, automobil, wesele, podróż, operacja,
Byłbym nikim,
Żyję ponad siebie, dzięki wam zbawiciele!
Jestem nadsoba!
Pojdę kiedyś za was na krzyż,
Zbawiciele,
Ja was zbawiam,
Zbawiam was z każdym miesiącem,
Zbawiam każdym podpisanym papierkiem,
Zbawiam was swoim dobrobytem,
Zbawiam moją ciężką pracą,
Niech się wypełni wola,
Przejście na czaszkowe wzgórze,
Z najcięższą belką na ramieniu,
Okrwawionym, zbiczowanym,
Macie się dobrze, patrzycie mi prosto w oczy,
Teraz się śmiejecie z mego niepomyślunku,
Zabieracie dobrobyty,
Uśmiech z twarzy,
Wysyłacie mnie na katorgę czerwoną jak mak,
Nie dacie mi na zawsze odejść,
Już elegancki legionista do przybijania daje znak
A na wielopiętrowym, przeszklonym krzyżu
Zamiast INRI,
Napis bank.
Zbawiciel odwiedza mnie w dziesiętny dzień miesiąca,
Daje mi chleb, daje wodę,
Ciało daje nawet,
Tak wielu zbawicieli spotykam na każdym kroku,
Miłosierna aura każe mi brać,
Po nieprzespanej nocy, w zimnym mieszkaniu,
Cieżką ręką pokąsaną przez węże, oddaje z nawiązką,
Kochani zbawiciele,
Ubóstwiam tą ich władzę nad światem szarym,
Te pomoce, te podarki,
Dom, automobil, wesele, podróż, operacja,
Byłbym nikim,
Żyję ponad siebie, dzięki wam zbawiciele!
Jestem nadsoba!
Pojdę kiedyś za was na krzyż,
Zbawiciele,
Ja was zbawiam,
Zbawiam was z każdym miesiącem,
Zbawiam każdym podpisanym papierkiem,
Zbawiam was swoim dobrobytem,
Zbawiam moją ciężką pracą,
Niech się wypełni wola,
Przejście na czaszkowe wzgórze,
Z najcięższą belką na ramieniu,
Okrwawionym, zbiczowanym,
Macie się dobrze, patrzycie mi prosto w oczy,
Teraz się śmiejecie z mego niepomyślunku,
Zabieracie dobrobyty,
Uśmiech z twarzy,
Wysyłacie mnie na katorgę czerwoną jak mak,
Nie dacie mi na zawsze odejść,
Już elegancki legionista do przybijania daje znak
A na wielopiętrowym, przeszklonym krzyżu
Zamiast INRI,
Napis bank.
18.3.10
Pisanie.
Po syzyfowym dniu, pokiereszowany ambicjami,
Sprowadzony do parteru czynów,
Wraz ze słowem, mymi bohaterami,
Usiąść,
W rozterek gąszczu,
poźnonocnym, nieprzeniknionym
Gdzieś schować się przed świtem,
Chciałbym wsiaść na statek, odpłynąć,
Zebrać ze soba myśli wielką świtę,
W tej doniosłej chwili,
To już nie moje życie,
To cinema verite.
Sprowadzony do parteru czynów,
Wraz ze słowem, mymi bohaterami,
Usiąść,
W rozterek gąszczu,
poźnonocnym, nieprzeniknionym
Gdzieś schować się przed świtem,
Chciałbym wsiaść na statek, odpłynąć,
Zebrać ze soba myśli wielką świtę,
W tej doniosłej chwili,
To już nie moje życie,
To cinema verite.
6.3.10
Jutro.
Plastikowe twarze,
Ciała plastikowe,
Połowę życia szykują
swą zręczną przemowę,
Bezwładne lustra fałszywych idoli,
Nie chcą żyć,
Nie chcą oddychać,
Nie chcą przechadzać się,
wiosennym popołudniem
dziewiczymi, zielonymi arteriami.
Świat jak plastelina,
w zniszczonych rączkach dzieci.
Nie szukaj tęczy.
Ciała plastikowe,
Połowę życia szykują
swą zręczną przemowę,
Bezwładne lustra fałszywych idoli,
Nie chcą żyć,
Nie chcą oddychać,
Nie chcą przechadzać się,
wiosennym popołudniem
dziewiczymi, zielonymi arteriami.
Świat jak plastelina,
w zniszczonych rączkach dzieci.
Nie szukaj tęczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
