11.12.10

Chwile Złe.

Oglądam negatywy wspomnień
Których nigdy nie wywołam
Melodia sie tli
Zaraz krzyk się zacznie
Zacznie krzyczeć, a serce już zgrzyta
Na zapomnianym przystanku pragnień
Bez świateł w ciemności, bez kierunków
Przeżuwam, smak czuję, przełknąć nie mogę
Popijam więc napojem
Smutku
Bezdechu
Krwi popsutej
Łez, które nie płyną
Bezdroża
Widać je pomiędzy palcami
Gdy oczy próbuję zasłaniać
Dostrzegam drzewo - obdrapane i liche
Z wyrytym pod korą
Przez gwoździe zardzewiałe
Ja+Świat
Wielka Nieskończona Bezradność.

26.11.10

Mięta.

szepty, delikatność
zapachem, emocją ujęty
pocałunki składam
na jej szyi - listku mięty.

25.11.10

Gwiazdy.

Główna scena
na podłodze złoty pył,
leżąc chcą gwiazdy chwytac
byc jak Tamten był,
w gazecie móc przeczytac.

Marzeń, złudzen stygnie czara
może jutro przypełznie nadzieja,
przez lornetkę mi się śni,
dziś, jak wczorajsza odyseja
generacji 'wanna be'.

16.11.10

Posadzka w Ejlacie.

Jednolitość posadzki pochłania mój wzrok
Podobnie jak Dov Ben Dov - Żyd awanturny
Nie będę spał, nie odejdę nawet na krok
Uderza mnie fala, wstrząs sejsmiczny wtórny.
Przysiągłbym że to upał, a Ona jest jak rzeka
Umysł drąży kilka nut i chłód milczącego człowieka.

____
inspirowane:
Marek Hłasko "Wszyscy byli odwróceni"

4.10.10

Czarne Tulipany.

Gdzies daleko gdzie wolne pastwiska,
Rozciaga sie piekna babilonia zachodu,
Dookola niej czeluscie i urwiska,
Jest szczesliwa, teczowa, nie cierpi glodu.


Krwisty tulipan kolysany przez stary wiatr,
Zielone obloki lunatykow i pocalunki teczowych dzieci,
Mars do Marsa, Wenus do Wenus - zwykly kadr,
Rimbaud, Verlaine - kraina dla takich jak owi zacni poeci.


Rozchybotany, drewniany wiatrak rzuca dlugi, kojacy cien,
Biel, szarosc czy czern, kazde swa palete znajdzie,
Wczoraj, dzis, jutro i kazdy kolejny, ich najwolniejszy dzien,
Nie ma zlosci nie ma krzykow, milosc w kazdym zwierciadle zajdzie,

Pomaranczowe wstazki i wszystkie inne kolory,
Mgliste ulice na nich skaly z miloscia bez kochania,
Unicestwiane ziarnka piasku, to przeciez potwory,
Siedmiolistne bulwary z lepszym zyciem i hipomania.

Krwisty tulipan kolysany przez wiatr stary,
Ciekawe czy kiedys sie przewroci?
Gdy z ogniem wysypia sie Czarnych Tulipanow chmary,
Czy ktokolwiek w dobra strone sie zwroci?

12.8.10

Postawanie.

Przysiadając,
na piasku wilgotnym,
przy muzyce,
z fal szumu,
opleciony mgłą zachwytu.

Wystrzelone z horyzontu,
postawione pod słońcem,
wzgórze misterne.

Myśl kiełkuje,
o zdobyczy,
o zdobywcy,
zachwyt i przejmujące piękno,
epatujące z wzgórza.

Bez butów i bez krokow.

Ujmuje zdradliwie,
bo strome i cierniem pokryte,
ścianami skalnymi usłane,
cieżkie i kąsające,
dla ręki, która chce je pochwycić.

Tyś też zdradliwy,
sam sobie,
bo wzrok posiadłość jedyna,
a chęc długowieczna i znaczna,
jak szczurzy żywot pośród wieków.

Myśl w bezruchu,
nieokreślona żałość człowiecza,
ze strachem i zastojem,
zręcznie zmieszana.

1.8.10

Zwierciadło wklęsłe jako wehikuł czasu.

Gładka skóra,
Płonące serce
Pokora pogrzebana.

Chcę,
Negatywu dzisiejszości,
Ściętych głów głupców,
Pożaru rewolucji.

Jestem tylko cyfrą w ciągu,
Marnym więźniem algorytmu życia

Ignorancko spoglądam w góre,
Złośliwie zamykam oczy,
Patrząc przed siebie.

Tymczasem płomienie zgasną,
Wraz z pierwszymi kiereszami,
Na Twarzy i duchu.
Zapominimy
o transparentach i krzyku.
Podobno.

Może być nawet,
że przybity do ziemii człowiek
psem pawłowa będzie.

Chcę, chciałbym być anomalią
Lub po prostu literą.

23.7.10

Józef.

Smutna myśl,
Przyszła,
Po latach minionych,
Zdałem sobię sprawę,
że słowem się do mnie nie odezwiesz,
że na mnie nie spojrzysz nawet.

Powiedziałeś już wszystko,
Napatrzyłeś się.

Wchodzę po schodach,
Porażony nową świadomością,
Nieodżałowaną stratą,
Mam obolałe stopy,
Chwieję się na własnych nogach,
Majaczę niejasno.

Chaos szpecze mi niesmaczne myśli,
Tynk i brud pod paznokciami brzęczy.

Słyszałem o Tobie,
Może byłeś ostatnim sprawiedliwym,
Ostatnim nawróconym,
Tak doskonałym w swych niedoskonałościach,
Wobec ludzi, świata i systemów.

Jesteś mgłą, którą widziałem niegdyś,
Wczesnym porankiem mojego mrocznego życia.

Chciałbym żebyś Coś powiedział,
Możesz wykrzyczeć,
w twarz choćby.

Coż mam uczynić na tym moim rozdrożu?
Czuje, że jesteś podobnym,
Emocjonalnym i charakterologicznym tworem,
Choć od dawna nieobecnym.
A mi przypadła w spadku po Tobie,
cząstka twego mentalnego dziedzictwa,
Tak misterna i tajemnicza,
Chwilami okrutna i bolesna,
lecz najcenniejsza.

Ciebie po prostu już nie ma,
Nawet nie wiem kiedy się to stało ,
bo od południa mam oczy otwarte
i powiedziano mi tylko, że byłeś,
Przypominam sobie jedynie tę poranną mgłę,
jak kawałek układanki.

Szturchnij mnie, gdybym zasnął lub w złą stronę patrzył.

28.5.10

Bagaż.

Gdy niebo
ciemność spowiła
z czarnych chmur usłana,
miastem wodospad płynął
każda zaś kropla
niczym ołów dzwięczną była.

Stałem,
na miasta środku,
które pustynią było,
samotnie,
na pozor tylko.

Piękna para śmiałych ludzi
spacerowała pomiędzy strugami
niby w niedzielne, letnie popołudnie,
Kobieta,
mężczyzna,
wiernie za dłonie ujęci,
Kobieta z ręką opadłą
mężczyzna zaś wzniesioną,
skryci pod płaszczem parasolowym.

Choć parasola nie miałem,
czułem między mna, a nimi
więz niezwykłą,
a przecież tylko patrzyłem.

Czy człowiek był kiedy
kolorową figurką lukrową
czy białym soli słupem?

Trójca oświecona,
Życiami posplatanymi
w cieżkie wianki
zła i dobra,
z łąki doświadczeń,
gdzie w ochocie
pełne garscie zrywaliśmy
kwiatów bogato rozkwitłych
lub umarłych.

Natomiast mężczyzna owy z każdym krokiem,
stawał się bardziej mężczyzną.

21.5.10

tchórza senoms.

miałem sen,
miałem dziś sen, że byłaś,
że obok stałaś,
na scenie, choć nie pamiętam jakiej,
publika gromkim brawami nas atakowała,
a my chcieliśmy tylko dla siebie,
tylko my,
spojrzałem, patrzyłem,
uśmiechnęłaś się, uśmiechałaś się,
a po mnie spływał słodki pot,
a serce waliło jak zygmuntowski dzwon,
to jak świeto, to jak spełnione marzenia,
czułem,
byłem,
spełniony.
miałem wszystko, mogłem dać wszystko,
wszystko znikało, niczym pył złoty,
przegoniony przez wiatr arktyczny,
najpierw ciemność, wtem blask,
pierwsze promienie dnia,
strzał,
i znów umarłem i znów byłem po drugiej stronie,
dla mnie tak boleśnie bezsensownej.

12.5.10

Psychiatryk.

miękkie ściany
sztywne klamki
białe fartuchy
strzykawki, pigułki

wesoło i samotnie
światłość kilkuwatowej żarówki
śmierć w samotności
bywa codziennością

nie mam sznurka
nie mam szkła
o chlebie i wodzie
w jasnym więzieniu
własnego ja
nie pomagam
sam sobie
kiedyś pragnąłem zmieniać świat

wytarły mi się tryby w zębatkach
przepaliły bezpieczniki
naprostowano mi kilka zwojów

cóż kiedy tak po prawdzie
tylko
ciemność i ślepe uliczki.

11.5.10

Pastfuturia.

Jak bardzo,
Jak bardzo żałuję,
wszystkich słów niewypowiedzianych,
Jak bardzo się cieszę,
ze wszystkich uśmiechów wymienionych,
Jak bardzo tesknię do chwili,
tej ze szczytu i tej z dna.

Zamykam drzwi pokoju przeszłości,
Stoje na podwórzu,
Na wyjeździe,
Spoglądam tylko niepewnie,
w stronę nadchodzących ludzi,
w stronę nowych budynków,
w stronę uczuć nieprzeżytych,
Przez szybę ze szkła matowego,
Widze miliony dróg,
Wydeptanych ludzką stopą,
Zarośniętych chwastem niepewnym.

Przysiadam i rozmyslam,
Nad nowym wyborem,
Nad strachem,
Nad bolem serca i umyslu.
Nad zerwanymi nitkami,
ze złota, czerni i bieli.

Ocieram spocone oczy,
Musiały to wszystko oglądać,
Tak bardzo zmęczone,
A przecież przed nimi,
Bez chwili wytchnienia,
Wielka podróz po gęstwinie.

Zabiorę je ze sobą gdziekolwiek się udam,
Zabiorę ze sobą mój kufer - stary i wytarty,
Wciąż nie zapełniony,
Tyle czystych szuflad,
Tyle skrytek najtajniejszych.

To nie moje łzy, to rosa,
Bo jutro juz się zbudziło i płacze,
Płacze, bo niepewne i nieznane,
Ale w swej rozpaczy,
żądne okrutnie każdego momentu.

Momentu jakim ja jestem i Ci za mną.

4.5.10

Dzieci Tęczy.

Ciemność różnokolorowa,
rozproszyła czarno-biały blask,
Nie pomieści jej każda głowa,
Kolor skrywa się pod milionem mask.

Dzieci Tęczy spacerują za ręce,
Dzieci Tęczy składają na sobie pocałunki,
Wolne, rozpromienione nie chcą niczego w podzięce,
Czarno-biali mają z nimi do policzenia rachunki.

Niesprawiedliwe rachunki,
bo za wolność.

21.4.10

Nunatak.

My ludzie,
Nie jesteśmy prawdziwymi ludzmi,
Jesteśmy strzępami.

Podkładamy sobie pod nogi pinezki kolorowe,
Jak rozkosznie krwawią nasze nieskazitelne stopy.
Pragnienia to widma
prawdziwości i uciechy,
ku uciesze ziemskich wielkoludów.

Chęci to senna mara,
zatopiona w woskowej świecy,
skracana z każdą sekundą płomienia.

Bezczynność i spleen,
to tarcza, to sens, to życie.
Automatyzacja wstecznoumysłowa,
bezkarnie rozkrada to co
logiczne, zastanawiające.

Niebotyczność i wyjatkowość,
rozdawane jak pasiaki w obozach.
Wszyscy super.

Błędni rycerze biegną do życia spełnionego,
w pustej materii zataczającej życiowe koło.
Nie dość że ślepcy to bez białych lasek,
Nie dość że na wózkach to pod górke,
Nie dość że pijani to nad przepaścią.

Tutaj jestem,
z boku,
w mojej błoniastej próżni,
frustracji, rozgoryczenia i zgrozy.
Zatrważajżcego przymusu oglądania
spełnianej z każdą mijającą sekundą apokalipsy.
Ja - bezsilny nunatak.
Wy - śnieg i lodowe pokrywy.

11.4.10

***

W czarnych lasu gałęziach,
Leża płyty metalu zawiedzione,
Los zapomniał o władzy, o więziach,
Głowy narodu dziś obalone.

~pamieci ofiar 10.4.10

30.3.10

Koloryty.

Światło świata prawdziwe
tylko w pryzmacie.

Malarz bez talentu,
Dziwka portowa,
Pomylony kaznodzieja,
Pilna uczennica,
Napuszony sportowiec,
Bezdomny na dworcu,
Przygasły pracoholik,
Uśmiechnięta lesbijka,
Pustelnik samotny,
Błyszcząca aktorka,
Prawicowiec w sejmie,
Ćpun niewyciągający rąk,
Szary człowiek.

A ja?
A ja nie jestem żadnym zbawicielem.

25.3.10

Sosna.

Z głazem w żołądku,
Rozmazanym widokiem przed oczyma,
W starej sosnowej szafie schowawszy,
Wszystkie zimowe troski,
Spoglada na setki razy niedopierany prochowiec,
W błotnistej kłauży wytaplany,
W uściskach słonecznych płomieni,
Nawet w dni najniepogodniejsze.

Nóż i widelec,
Kołdra i poduszka,
Drzewo i gałąź,
Takie szczęśliwe.

Rozpreżenie zmysłów,
Wizjonerska wieża spalona,
w nienaturalnych słowach,
Jak na tamtejszą przeszłóść.

Na rozstaju prastarych dróg,
Cierpienia lub zapomnienia.
Kontempluję lustrzane odbicie i pustą przestrzeń.

21.3.10

Salvator Mundi.

Coż za szczęście, dziś przyszło zbawienie,
Zbawiciel odwiedza mnie w dziesiętny dzień miesiąca,
Daje mi chleb, daje wodę,
Ciało daje nawet,
Tak wielu zbawicieli spotykam na każdym kroku,
Miłosierna aura każe mi brać,
Po nieprzespanej nocy, w zimnym mieszkaniu,
Cieżką ręką pokąsaną przez węże, oddaje z nawiązką,
Kochani zbawiciele,
Ubóstwiam tą ich władzę nad światem szarym,
Te pomoce, te podarki,
Dom, automobil, wesele, podróż, operacja,
Byłbym nikim,
Żyję ponad siebie, dzięki wam zbawiciele!
Jestem nadsoba!
Pojdę kiedyś za was na krzyż,
Zbawiciele,
Ja was zbawiam,
Zbawiam was z każdym miesiącem,
Zbawiam każdym podpisanym papierkiem,
Zbawiam was swoim dobrobytem,
Zbawiam moją ciężką pracą,
Niech się wypełni wola,
Przejście na czaszkowe wzgórze,
Z najcięższą belką na ramieniu,
Okrwawionym, zbiczowanym,
Macie się dobrze, patrzycie mi prosto w oczy,
Teraz się śmiejecie z mego niepomyślunku,
Zabieracie dobrobyty,
Uśmiech z twarzy,
Wysyłacie mnie na katorgę czerwoną jak mak,
Nie dacie mi na zawsze odejść,
Już elegancki legionista do przybijania daje znak
A na wielopiętrowym, przeszklonym krzyżu
Zamiast INRI,
Napis bank.

18.3.10

Pisanie.

Po syzyfowym dniu, pokiereszowany ambicjami,
Sprowadzony do parteru czynów,
Wraz ze słowem, mymi bohaterami,
Usiąść,
W rozterek gąszczu,
poźnonocnym, nieprzeniknionym
Gdzieś schować się przed świtem,
Chciałbym wsiaść na statek, odpłynąć,
Zebrać ze soba myśli wielką świtę,
W tej doniosłej chwili,
To już nie moje życie,
To cinema verite.

6.3.10

Jutro.

Plastikowe twarze,
Ciała plastikowe,
Połowę życia szykują
swą zręczną przemowę,
Bezwładne lustra fałszywych idoli,
Nie chcą żyć,
Nie chcą oddychać,
Nie chcą przechadzać się,
wiosennym popołudniem
dziewiczymi, zielonymi arteriami.
Świat jak plastelina,
w zniszczonych rączkach dzieci.
Nie szukaj tęczy.

27.2.10

Inny.

To tylko ja,
Wiezien monotonii zycia,
Ofiara emocjonalnych burz i huraganow,
Mistrz chwilowego zastoju,
Ksiaze mitologicznego poczatku,
Kat szarosci,
Przepelniony, zagubiony.

Rozstaw osi jak w ruskim pociagu,
Chce zasnac.

5.1.10

Pewność lotu.

W boskim, ekstatycznym wietrze ściśniętych wnętrzności,
Kłaniam się w pogardzie paniom do pasa uniżenie,
Odkrywam w głowie kolejne odchłanie nicości,
Gdy patrzasz pogardliwie na mnie, wiedz ze zasłużenie.

Spiętrzone w sile odnóża wodospadu wielkiego,
Wahadło tonowe powbijam w myśli przejrzyste,
Wspomnisz jeszcze przez mleczną mgłę chłopca znajomego,
Orła wiodącego przez przestworza wieczne w nieczyste.

Palcem go wskazujesz z przebrzmiałym wątłym grymasem,
Dziwisz iż ptak ten może latać przykuty znamieniem,
Ulatuje wciąż nad szarym rozłamanym lasem,
Kto na tyle silny niech pierwszy rzuci kamieniem.

Pocą się i wyją wokół mej świętej oazy parchate róże,
Bez płatków i kolców pokrętnie próbują mnie wzburzyć.
Ochota ogromna ciąży nade mną by runąć spokojnie w kałuże,
Spadać tak beztrosko przez lata, a na dnie powtórzyć.

3.1.10

Bezczynność.

Pod gorzkim samozachwytem mleczny bar,
Przysiadłem osobiście przy stoliku mrocznym,
Samotnym, oniemiałym, chce rzucić czar,
Rozpalam pochodnie z uczuciem przybocznym,

Budzę swej chorej głowy emocje narwane,
Boje się okropnie nietowarzyskości przy stoliku,
W sercu mam już kiełkujące ziarno zasiane,
Mozg spróchniały trzymam z nakrętką w słoiku

Woła z oddali republikańska melodia żywa,
W głowie kolejna myśl za myślą się dziko skrzy,
Fakt niewidoczności twej parzy jak pokrzywa,
A może ona gdzieś w oddali rozkosznie drży?

Kosztuje tam nadmiernych uciech bez pozwolenia,
Oddaje skarby największe portowym marynarzom,
Mając w sercu ogień nie ma to żadnego znaczenia,
Kiedy oddam jej piękne ciało w ręce grabarzom.

1.1.10

Vulgar Conservative.

Sing little nighteengale, I am the worst in the world,
Look here comes nice man, his head is bold,
Why this precious neurotic guy, hide in me his anger,
He is not so nice that I thought, he is just crazy stranger,
One more innocent time, I get in this trap,
Everything was lovely and turn into crap,
I thought the man is gold-heart human donor,
But he is like the one who want kill Sarah Conor,
We are behind the wall, he is on side the other,
No shit, no fun and never back my brother!
Please stay there with you guilty moldered mind,
And better do there something like clear up or tight.


___________
It's my first "poetry" in English.
Literary experiment.
---
To moja pierwsza "poezja" w jezyku angielskim.
Eksperyment literacki.