Przysiadając,
na piasku wilgotnym,
przy muzyce,
z fal szumu,
opleciony mgłą zachwytu.
Wystrzelone z horyzontu,
postawione pod słońcem,
wzgórze misterne.
Myśl kiełkuje,
o zdobyczy,
o zdobywcy,
zachwyt i przejmujące piękno,
epatujące z wzgórza.
Bez butów i bez krokow.
Ujmuje zdradliwie,
bo strome i cierniem pokryte,
ścianami skalnymi usłane,
cieżkie i kąsające,
dla ręki, która chce je pochwycić.
Tyś też zdradliwy,
sam sobie,
bo wzrok posiadłość jedyna,
a chęc długowieczna i znaczna,
jak szczurzy żywot pośród wieków.
Myśl w bezruchu,
nieokreślona żałość człowiecza,
ze strachem i zastojem,
zręcznie zmieszana.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz