Gdy niebo
ciemność spowiła
z czarnych chmur usłana,
miastem wodospad płynął
każda zaś kropla
niczym ołów dzwięczną była.
Stałem,
na miasta środku,
które pustynią było,
samotnie,
na pozor tylko.
Piękna para śmiałych ludzi
spacerowała pomiędzy strugami
niby w niedzielne, letnie popołudnie,
Kobieta,
mężczyzna,
wiernie za dłonie ujęci,
Kobieta z ręką opadłą
mężczyzna zaś wzniesioną,
skryci pod płaszczem parasolowym.
Choć parasola nie miałem,
czułem między mna, a nimi
więz niezwykłą,
a przecież tylko patrzyłem.
Czy człowiek był kiedy
kolorową figurką lukrową
czy białym soli słupem?
Trójca oświecona,
Życiami posplatanymi
w cieżkie wianki
zła i dobra,
z łąki doświadczeń,
gdzie w ochocie
pełne garscie zrywaliśmy
kwiatów bogato rozkwitłych
lub umarłych.
Natomiast mężczyzna owy z każdym krokiem,
stawał się bardziej mężczyzną.
28.5.10
21.5.10
tchórza senoms.
miałem sen,
miałem dziś sen, że byłaś,
że obok stałaś,
na scenie, choć nie pamiętam jakiej,
publika gromkim brawami nas atakowała,
a my chcieliśmy tylko dla siebie,
tylko my,
spojrzałem, patrzyłem,
uśmiechnęłaś się, uśmiechałaś się,
a po mnie spływał słodki pot,
a serce waliło jak zygmuntowski dzwon,
to jak świeto, to jak spełnione marzenia,
czułem,
byłem,
spełniony.
miałem wszystko, mogłem dać wszystko,
wszystko znikało, niczym pył złoty,
przegoniony przez wiatr arktyczny,
najpierw ciemność, wtem blask,
pierwsze promienie dnia,
strzał,
i znów umarłem i znów byłem po drugiej stronie,
dla mnie tak boleśnie bezsensownej.
miałem dziś sen, że byłaś,
że obok stałaś,
na scenie, choć nie pamiętam jakiej,
publika gromkim brawami nas atakowała,
a my chcieliśmy tylko dla siebie,
tylko my,
spojrzałem, patrzyłem,
uśmiechnęłaś się, uśmiechałaś się,
a po mnie spływał słodki pot,
a serce waliło jak zygmuntowski dzwon,
to jak świeto, to jak spełnione marzenia,
czułem,
byłem,
spełniony.
miałem wszystko, mogłem dać wszystko,
wszystko znikało, niczym pył złoty,
przegoniony przez wiatr arktyczny,
najpierw ciemność, wtem blask,
pierwsze promienie dnia,
strzał,
i znów umarłem i znów byłem po drugiej stronie,
dla mnie tak boleśnie bezsensownej.
12.5.10
Psychiatryk.
miękkie ściany
sztywne klamki
białe fartuchy
strzykawki, pigułki
wesoło i samotnie
światłość kilkuwatowej żarówki
śmierć w samotności
bywa codziennością
nie mam sznurka
nie mam szkła
o chlebie i wodzie
w jasnym więzieniu
własnego ja
nie pomagam
sam sobie
kiedyś pragnąłem zmieniać świat
wytarły mi się tryby w zębatkach
przepaliły bezpieczniki
naprostowano mi kilka zwojów
cóż kiedy tak po prawdzie
tylko
ciemność i ślepe uliczki.
sztywne klamki
białe fartuchy
strzykawki, pigułki
wesoło i samotnie
światłość kilkuwatowej żarówki
śmierć w samotności
bywa codziennością
nie mam sznurka
nie mam szkła
o chlebie i wodzie
w jasnym więzieniu
własnego ja
nie pomagam
sam sobie
kiedyś pragnąłem zmieniać świat
wytarły mi się tryby w zębatkach
przepaliły bezpieczniki
naprostowano mi kilka zwojów
cóż kiedy tak po prawdzie
tylko
ciemność i ślepe uliczki.
11.5.10
Pastfuturia.
Jak bardzo,
Jak bardzo żałuję,
wszystkich słów niewypowiedzianych,
Jak bardzo się cieszę,
ze wszystkich uśmiechów wymienionych,
Jak bardzo tesknię do chwili,
tej ze szczytu i tej z dna.
Zamykam drzwi pokoju przeszłości,
Stoje na podwórzu,
Na wyjeździe,
Spoglądam tylko niepewnie,
w stronę nadchodzących ludzi,
w stronę nowych budynków,
w stronę uczuć nieprzeżytych,
Przez szybę ze szkła matowego,
Widze miliony dróg,
Wydeptanych ludzką stopą,
Zarośniętych chwastem niepewnym.
Przysiadam i rozmyslam,
Nad nowym wyborem,
Nad strachem,
Nad bolem serca i umyslu.
Nad zerwanymi nitkami,
ze złota, czerni i bieli.
Ocieram spocone oczy,
Musiały to wszystko oglądać,
Tak bardzo zmęczone,
A przecież przed nimi,
Bez chwili wytchnienia,
Wielka podróz po gęstwinie.
Zabiorę je ze sobą gdziekolwiek się udam,
Zabiorę ze sobą mój kufer - stary i wytarty,
Wciąż nie zapełniony,
Tyle czystych szuflad,
Tyle skrytek najtajniejszych.
To nie moje łzy, to rosa,
Bo jutro juz się zbudziło i płacze,
Płacze, bo niepewne i nieznane,
Ale w swej rozpaczy,
żądne okrutnie każdego momentu.
Momentu jakim ja jestem i Ci za mną.
Jak bardzo żałuję,
wszystkich słów niewypowiedzianych,
Jak bardzo się cieszę,
ze wszystkich uśmiechów wymienionych,
Jak bardzo tesknię do chwili,
tej ze szczytu i tej z dna.
Zamykam drzwi pokoju przeszłości,
Stoje na podwórzu,
Na wyjeździe,
Spoglądam tylko niepewnie,
w stronę nadchodzących ludzi,
w stronę nowych budynków,
w stronę uczuć nieprzeżytych,
Przez szybę ze szkła matowego,
Widze miliony dróg,
Wydeptanych ludzką stopą,
Zarośniętych chwastem niepewnym.
Przysiadam i rozmyslam,
Nad nowym wyborem,
Nad strachem,
Nad bolem serca i umyslu.
Nad zerwanymi nitkami,
ze złota, czerni i bieli.
Ocieram spocone oczy,
Musiały to wszystko oglądać,
Tak bardzo zmęczone,
A przecież przed nimi,
Bez chwili wytchnienia,
Wielka podróz po gęstwinie.
Zabiorę je ze sobą gdziekolwiek się udam,
Zabiorę ze sobą mój kufer - stary i wytarty,
Wciąż nie zapełniony,
Tyle czystych szuflad,
Tyle skrytek najtajniejszych.
To nie moje łzy, to rosa,
Bo jutro juz się zbudziło i płacze,
Płacze, bo niepewne i nieznane,
Ale w swej rozpaczy,
żądne okrutnie każdego momentu.
Momentu jakim ja jestem i Ci za mną.
4.5.10
Dzieci Tęczy.
Ciemność różnokolorowa,
rozproszyła czarno-biały blask,
Nie pomieści jej każda głowa,
Kolor skrywa się pod milionem mask.
Dzieci Tęczy spacerują za ręce,
Dzieci Tęczy składają na sobie pocałunki,
Wolne, rozpromienione nie chcą niczego w podzięce,
Czarno-biali mają z nimi do policzenia rachunki.
Niesprawiedliwe rachunki,
bo za wolność.
rozproszyła czarno-biały blask,
Nie pomieści jej każda głowa,
Kolor skrywa się pod milionem mask.
Dzieci Tęczy spacerują za ręce,
Dzieci Tęczy składają na sobie pocałunki,
Wolne, rozpromienione nie chcą niczego w podzięce,
Czarno-biali mają z nimi do policzenia rachunki.
Niesprawiedliwe rachunki,
bo za wolność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
