28.5.10

Bagaż.

Gdy niebo
ciemność spowiła
z czarnych chmur usłana,
miastem wodospad płynął
każda zaś kropla
niczym ołów dzwięczną była.

Stałem,
na miasta środku,
które pustynią było,
samotnie,
na pozor tylko.

Piękna para śmiałych ludzi
spacerowała pomiędzy strugami
niby w niedzielne, letnie popołudnie,
Kobieta,
mężczyzna,
wiernie za dłonie ujęci,
Kobieta z ręką opadłą
mężczyzna zaś wzniesioną,
skryci pod płaszczem parasolowym.

Choć parasola nie miałem,
czułem między mna, a nimi
więz niezwykłą,
a przecież tylko patrzyłem.

Czy człowiek był kiedy
kolorową figurką lukrową
czy białym soli słupem?

Trójca oświecona,
Życiami posplatanymi
w cieżkie wianki
zła i dobra,
z łąki doświadczeń,
gdzie w ochocie
pełne garscie zrywaliśmy
kwiatów bogato rozkwitłych
lub umarłych.

Natomiast mężczyzna owy z każdym krokiem,
stawał się bardziej mężczyzną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz