Wieczorowa pora, bo ta jest najlepsza,
Czlowiek stal pod dachem, jakims prowizorycznym,
Obok stajakow na rowery, przy ktorchy rowerow nie bylo,
To byla jego pora na wieczornego papierosa,
Wieczorna pora, z wieczornym kubkiem kawy zodrobina mleka,
Zwykle nie dodawal mleka,
Tego wieczoru tak tylko troche, tak dla smaku,
Palil tego papierosa i pil ta kawe z odrobina mleka,
Myslac do siebie, ze da rade,
Ze wszystko jest do poukladania,
Choc czul, ze zupelnie wypadl z orbity zycia,
Normalnego zycia,
Jak stare drzwi, ktore nie trzymaja sie w zawiasach,
Jak wybity nadgarstek, po upadku na podstepnym lodzie,
Palil papierosa, pil kawe,
Sluchal jak jego pluca ciezko pracuja,
Jak niewolniczo pracuja,
Jak cos kaze im przyjmowac kolejna dawke tlenu z nikotyna,
Zaledwie trzydziesci mzoe czterdziesci krokow dalej,
Raczej trzydziesci, dla kogos o dlugich nogach,
Trzydziesci krokow dalej rozpadal sie czyjs swiat,
Bo ona krzyczala w obcym jezyku, ze nie chce juz z nim byc,
On stal tylko, mamrotal cos bezradnie,
Z rekoma rozlozonymi jak ksiadz podczas niedzielnej mszy,
Ona machnela reka i odeszla,
Coz mogl zrobic innego ten On
Jak spuscic glowe i sie schowac,
Tak sie zawsze robi w takich sytuacjach, chowa sie,
Akurat mial chyba pranie w pralni,
Bo niektorzy lubia prac swoje rzeczy noca,
Akurat mial to pranie w pralni,
Byla owa pralnia obok miejsca zdarzenia,
Zatem wszedl do tej pralni jak do sali tortur,
Czy miejsca gdzie kare smierci sie wykonuje,
Moze tam znajdzie jakies oczyszczenie? mozna tak pomyslec,
Czlowiek pod dachem konczyl wlasnie papierosa,
Byl przekonany o tym, ze na pewno da rade, choc nie widac wyjscia,
Wszystko co go teraz spotyka to chyba niewiele.. i tak nie ma jak sprawdzic,
Raczej wszystko mozna wymodelowac,
Skleic jak w czasach dziecinstwa, model lodzi podwodnej,
Czy jakikolwiek inny model, samolotu lub samochodu,
To byly dobre czasy,
Kiedy sklejanie sprowadzalo sie do takich banalow,
Banalow, bo za wiele sie nie mysli, nie filozofuje,
Problemy natury filozoficznej to jak ten papieros,
Przynosi pewna radosc i przyjemnosc, ale zatruwa powoli,
Tak i tutaj, umysl wypelnia coraz wiecej pytan,
Z biegiem lat coraz wiecej,
Co rok kolejny, kolejny kamien do plecaka,
Kolejna cegla do muru, bedacego coraz wyzszym i wyzszym,
Na tyle wyzszym, iz w przeszlosci niewiele znaczyl,
Potrzeba bylo jedynie mlotek,
Wziasc mlotek do reki i mur zburzyc,
Teraz jednak potrzeba najwidoczniej armaty,
Skad tu w dzisiejszych czasach,
W dzisiejszej zakrzywionej, zapedzonej rzeczywistosci,
Wziasc armate?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

bo to nie tak, nigdy nic od pstryknięcia palcami. Trzeba wziąć te cegły, zbudować schody, stopień po stopniu, i przejść przez mur na drugą stronę.
OdpowiedzUsuńz urywków nic nie poskładałam. a chciałam. więc się nie wypowiem, bo w składaniu nigdy dobra nie byłam.
OdpowiedzUsuńurywkow?
OdpowiedzUsuń