Sunie przestworem tak szara ta masa,
Twarze w szyje chowane podnoszą z niechęcią,
Rzucani i wykleci przebrzmiałą pamięcią,
Nie widzą jak pętlą zabija ta trasa,
I każdy w kolorze wyróżnić się każe,
Lecz wszyscy jednacy w tym samym wymiarze.
Wzrokiem się mierzą w niemocy, niesile,
Chcąc dotrzeć na szczyty i dotknąć motyle.
W wyścigu tym wielkim ścierają się srogo,
Gryzoń za gryzoniem leci zbyt blisko podłogi,
Nie Ikary, a wyobraźnia to puste odłogi,
Przeogromne puchacze fruwają gdzie błogo,
W mniemaniu ichniejszym tak małym, tak dennym,
Pojęcia nie maja o tym pięknym dniu jesiennym,
Zaszczycił nas w progach tak skromnych i niskich,
Przyjdzie noc to weźmie po części ze wszystkich.
Wtedy jeden kwiatem czy trawą innym drzewem będzie,
Wszyscy inni acz ci sami jak na padole minionym,
W szeregu każdy równym i jednakim do praw stworzonym,
A teraz tym co młodzik siewca posadzi na grzędzie.
Czym są owe odwieczne worki poskładanych kości?
Dlaczego przestrzeń ich myśli wolności nie gości?
Jak chciałbym te istnienia sowicie odmienić,
By każdy śmiertelny potrafił sam siebie docenić.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz