Plonie horyzont,
Niebem przewalaja sie podmokle obloki,
Piaskowa burza,
Niweczy jakikolwiek ruch,
Ziarnko za ziarnkiem tnie kazdy ciala fragment,
kazdy fragment duszy, wszystko.
Rozmiekam w dziesiejszosci,
aby byc twardszym kolejnego dnia,
tak w nieustannej wisielczej petli.
Rozmarzylem sie w wietrze,
przyszedl do mnie niespodzianie dnia pewnego,
mowilem to nie tak, to nie tak,
Jestem krwiakiem, ktory sie wchlania.
Jestem odpadajacym strupem na twojej wardze.
Uwazaj czlowieku mam przytwierdzony do serca ladunek,
tutaj niedaleko nas bedzie Hiroszima, bedzie Nagasaki,
bedzie jak powiem,
no niech juz sie staje, slowo w czyn, slowo w czyn.
Podnosze do niebios spartanska tarcze, jedna reka,
miecz jest w zupelnosci zbedny, po co mord, po co krew?
i bez tego jest ostro, bez tego moge byc w kawalkach,
bez tego moge ciac na kawalki mozgi i pomniejsze swiadomosci,
wczoraj jej, jutro jego, a dzisiaj mam wolne.
Jesli sie nie podniose,
doczolgam sie do wyjscia, wyturlam sie,
w koronie nieprzegranego,
zapamietany na wieki jako ten ktory probowal.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz